Wywiady

***

Teatr ponad wszystko.



Anna Kadulska od początku swej kariery jest wierna jednemu teatrowi - Teatrowi Śląskiem im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach. Na deskach jego sceny była Muszką w "Skizie", Maryną w "Weselu", Elwirą w "Don Juanie", Anielą w "Ślubach panieńskich", Duniaszą w "Wiśniowym sadzie", Flecistką w "Rzeźni", Lady Milford w "Intrydze i miłości", Muzą w "Wyzwoleniu", Kamillą w "Żołnierzu królowej Madagaskaru", a ostatnio Ireną w "Przypadku Klary.
Ta ostatnia rola jest 25 w jej dorobku. To sporo, jak na niespełna 11 lat pracy zawodowej. Praca w teatrze prowincjonalnym ma swoje plusy i minusy. Plusem niewątpliwie jest większa niż na stołecznych scenach szansa zagrania ról z wielkiego repertuaru klasycznego, jak i dramaturgii współczesnej. To daje możliwość wszechstronnego rozwoju talentu. A Anna Kadulska taki talent niewątpliwie posiada.

Starty i falstarty


Odkrył go w Annie nauczyciel ze Szkoły Podstawowej nr 16 w Jaworznie, który nauczył ją zabawy w teatr. Jednak gdy w I Liceum Ogólnokształcącym w Jaworznie Anna Kadulska trafiła do klasy biologiczno-chemicznej, wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazywać zaczęły, że zamiast aktorką zostanie lekarzem lub weterynarzem. Ojciec, inżynier górnik, chciał, by córka studiowała w Akademii Górniczo-Hutniczej. A jednak Annę ciągnęło na scenę. Po maturze zdecydowała się zdawać egzamin na wydział aktorski PWST w Krakowie. Bez żadnego przygotowania. Z marszu. Interpretacja wiersza Norwida "Daj mi wstążkę błękitną" nie zrobiła wszakże wrażenia. Pierwsze podejście okazało się nieudane. Anna Kadulska nie straciła wiary. "Ja wam jeszcze pokażę!" postanowiła i następny rok spędziła na samo kształceniu. Przygotowania do szkoły aktorskiej łączyła z przygotowaniami do studiów psychologicznych. Tak na wszelki wypadek. Zainteresowania psychologią pogłębia do dziś. To pomaga jej wiarygodniej budować rolę. Falstart na uczelnię aktorską, ta pierwsza tak bolesna porażka życiowa dla młodej, bardzo nieśmiałej dziewczyny okazała się zbawienna. W myśl przysłowia, że co cię nie zabiję, to cię wzmocni, nieco zahartowały Annę Kadulską na dalszą zawodową drogę. Do teraz wspomina słowa swojego dziekana, Edwarda Dobrzańskiego: "Jest tyle zawodów na "a", a ślusarz, a nauczyciel, a urzędnik, a niekoniecznie aktor". Słowa, które słyszała zawsze, gdy zdarzyło jej się przyznać, że czegoś nie potrafi, nie umie zrobić. Zaryły się one głęboko w pamięci aktorki. Dziś wie, że w trakcie pracy nad rolą, może przyjść taki moment, gdy się chce powiedzieć, "nie dam rady, nie potrafię", ale może można to powiedzieć tylko przed sobą, albo przed kimś bardzo bliski,, a gdy się tę niemoc zwerbalizuje, trzeba ją w sobie przewalczyć. Anna Kadulska wie także, że tak samo nie wolno się poddawać, gdy nie dostaje się żadnej propozycji. Wtedy trzeba polegać na własnych pomysłach i usiłować je realizować. Tak było z najtrudniejszą z form aktorskich - monodramem "Śmierć Ofelii" Wyspiańskiego, przygotowanym pod reżyserskim okiem Zbigniewa Najmoła na otwarcie Sceny w Malarni. Było to nie lada wyzwanie, jakie postawiła przed sobą młoda aktorska. Zuchwałe, jak na doświadczenie zawodowa. Jednak opłaciło się je podjąć! W 1993 roku na Ogólnopolski Festiwalu Teatru Jednego Aktora w Toruniu (OFTJA) Anna Kadulska otrzymała za ten monodram wyróżnienie za debiut. Tak było, gdy Anna Kadulska spróbowała swych sił jako interpretatorka piosenek. Jest obdarzona pięknie brzmiącym sopranem. Lubi śpiewać. Z początku nie bardzo wiedziała, jak się zabrać do szukania odpowiedniego dla siebie repertuaru. Wiedziała jedno, że nie chce śpiewać piosenek z repertuaru kogoś znanego. Chciała zaśpiewać coś, co zostałoby specjalnie dla niej napisane. Napisała list do Justyny Holm, której teksty śpiewał Mieczysław Szcześniak i Lora Szafran. Odbyły parę spotkań i w ich efekcie powstały piosenki "Nieporadność" i "Nic nikomu nie powiemy". Potem, w czasie warsztatów przy festiwalu "Malwy", zaśpiewała piosenkę "Rimbaud - aniele stróżu mój" do tekstu Jonasza Kofty, za którą dostała wyróżnienie. Próbowała wziąć udział w festiwalu piosenki aktorskiej we Wrocławiu, ale nigdy nie udało się jej dość do ścisłego finału. Nie poddawała się. Szczęśliwym trafem wpadła w ręce Anny Kadulskiej ulotka dotycząca festiwalu piosenki francuskiej w Lubinie. "Pieść mnie paziu" Goranguera zaśpiewała tam tak, że przewodniczący jury, Wojciech Młynarski, nie miał przy werdykcie żadnych wątpliwości. Zdobyła Grand Prix lubińskiego festiwalu. I wystąpiła jako gość festiwalu na kolejnych jego dwóch edycjach. Przygoda z piosenka francuską miała także dodatkowy smaczek. Była dowodem na to, że można i należy próbować pokonać własne ograniczenia. Język francuski był bowiem piętą achillesową aktorki w szkole średniej, a Anna Kadulska zaśpiewała po francusku tak świetnie, że wszyscy chwalili jej wymowę i akcent. Szukaniem nowych wyzwań była współpraca z Teatrem Bez Sceny Andrzeja Dopierały, gdzie w 1999 roku Anna Kadulska zagrała Siostrę Gregora w "Przemianie" Kafki w reżyserii Jacka Bunscha. Do takich poszukiwań należała też współpraca z Teatrem Małym w Tychach, który na Międzynarodowy Dzień Teatru w 2000 roku przygotował światową prapremierę scenicznej adaptacji powieści Jerzego Kosińskiego "Wystarczy być" , w której Anna Kadulska kreowała postać E.E.


Debiutancji "Skiz"


Nowe wyzwania. Zmagania z własną słabością. Odkrywanie w sobie nieznanych dotąd możliwości. Wszystko to czyni z aktorki instrument czuły, podatny, plastyczny. Pozwala ujawnić się talentowi. Po latach Anna Kadulska mówi wszakże, że wrodzoną nieśmiałość trudno jej było przełamać. Tak samo jak brak wiary we własne możliwości. Przekonała się o tym, gdy na finiszu szkoły aktorskiej przyszedł czas starania się o angaż. - Bardzo chciałam zostać w Krakowie. Jednak uważała, że Stary Teatr to za wysokie progi, jak na moje nogi, a do dyrekcji Słowackiego wybierałam się kilkakrotnie i zawsze rejterowałam u progu gabinetu dyrektorskiego. Gdy w końcu zdecydowała się wejść tam usłyszałam, że było przede mną już sześć koleżanek z roku i trzy dostały angaż. Wtedy, za sprawą Jerzego Zegalskiego, który dyrektorowanie w Teatrze Śląskiem łączył z pracą pedagogiczną w PWST w Krakowie, jeszcze jako studentka IV roku, trafiłam do Katowic. Bardzo się cieszyłam, bo znalazłam pracę niedaleko rodzinnego domu - opowiada Anna Kadulska. 28 września 1991 roku zadebiutowała rolą Muszki w "Skizie" Gabrieli Zapolskiej, pod reżyserską ręką Ewy Kutryś. - To była wymarzona rola dla młodej aktorki - opowiada Anna Kadulska. Mogła sprawdzić, co wart jest jej dość nietypowy dyplom: "ćwiczenia z Różewicza", które powstały pod okiem prof. Jerzego Jarockiego i spektakl przygotowany przez Jeana Pierra Garniera, artystę francuskiego, który słowa po Polsku nie znał. Egzamin przed widownią wypadł dobrze, choć recenzentka "Trybuny Śląskiej" pisała: "Panie wniosły na scenę urodę, podkreśloną pięknymi kostiumami i zatrzymały się na poprawności. Muszka debiutująca Anna Kadulska miała wdzięk pierwszej scenicznej młodości - chociaż tyle". Recenzentka "Dziennika Zachodniego" była mniej surowa, debiut Anny Kadulskiej uznała za obiecujący, bo "młoda aktorka potrafi wyraźnie zaznaczyć przemianę bohaterki" i nie ulega pokusie "wykrzykiwania jej uczuciowych racji". Po Muszce przyszły kolejne duże rolę, m.in.: Dianna w "Fantazym" Juliusza Słowackiego w reżyserii Jerzego Zagalskiego, Pamina w "Czarodziejskim flecie" Mozarta w reżyserii Janiny Niesobskiej i Marcina Korwina, Maryna w "Weselu" Stanisława Wyspiańskiego w reżyserii Anny Polony i Andrzeja Mrowca i Aniela w "Ślubach panieńskich" Fredry w reżyserii Anny Polony. Panny piękne, kochliwe, romantyczne, figlarne. Tymi rolami Anna Kadulska przeszła typową drogę dla młodej, obdarzonej urodą oraz wdziękiem i subtelnością. Jednak każdż z tych ról potrafiła uwiarygodnić, uczynić z papierowej pełną krwi i temperamentu. Aniela była tej drogi ukoronowaniem. "Gucia ukochana, w interpretacji Anny Kadulskiej, to też żadne tam cielę, tylko piękna dziewczyna, której serce rwie się do miłości przystojnego amanta. Nie daje się tak Aniela wtłoczyć w schemat ckliwości, bo aktorka znakomicie sygnalizuje (nawet bez proponowanej przez reżysera, a wspomnianej wyżej, dosłowności) wszystkie jej oczekiwania i pragnienia" - odnotowała recenzentka "Dziennika Zachodniego". "Aniela w ujęciu Anny Kadulskiej to chodząca dobroć i łagodność, ale w żadnym wypadku naiwność (jeżeli, to pozorna). Jej uległość wobec Klary od początku jest kontrolowana. Miłości oddana jest bez granic. Boy nazwał Anielę "polskim cielęciem", Polony wyeksponowała budzącą się w niej kobiecość. Aktorka znakomicie to wszystko przekazała piękna rola!" - wtórował recenzent "Expressu Wieczornego". Po roli Anieli przyszły pierwsze namacalne sukcesy: w 1993 roku nagroda wojewody katowickiego dla młodych twórców i w 1994 roku I nagroda dla odtwórców fredrowskich ról na Ogólnopolskich Konfrontacjach Teatralnych w Radomiu. Zarówno z domu, jak i ze szkoły Anna Kadulska wyniosła nawyk ciężkiej pracy. Nawet gdy rola nie pasuje jej, mówi, że przez wysiłek, jaki wkłada w przygotowanie każdej postaci, nie ma potem sumienia krzywdzić jej brakiem sympatii. Sukces nie przewraca jej w głowie. Potrafi przyznać się do porażek, jak w rozmowie z Henryką Wach-Malicką w "Dzienniku Zachodnim" z 7 grudnia 1994 roku. Na pytanie, czy była rola, z którą miała kłopot, odpowiedziała: "Przerosła mnie chyba Dona Elwira w "Don Juanie" Moliera, a konkretniej jej drugie wcielenie. Musiałam zagrać kobietę po rozpaczliwych przejściach, pod odrzuceniu przez kogoś bliskiego, sponiewieraną przez życie. To było bardzo trudne, bo niedostatecznie osadzone w moich doświadczeniach. Wtedy zrozumiałam, że bywają takie sytuacje sceniczne, w których jeśli mam być wiarygodna, sam warsztat i praca nie wystarczą". Ja jednak sądzę, że bez roli Elwiry w "Don Juanie" Moliera w reżyserii Bogdana Cioska, choć tak surowo ocenionej przez samą aktorkę, nie byłoby później tak znakomitej, dojrzałej kreacji Lady Milford w "Intrydze i miłości" Schillera.


W wielkim repertuarze


Przebojowość, która dziś jest szczególnie w cenie, nigdy nie była domeną Anny Kadulskeij. Przyznaje, że z trudem przychodzi jej "przebijanie się", reklamowanie się. Współpracuje z jedną z agencji aktorskich, ma - dzięki przyjacielowi - własną witrynę internetową i fan klub. Grywa w telewizji i filmie, choć mieszkając w Katowicach i poważnie traktując swą pracę w teatrze, często jest zmuszona zrezygnować z nęcących propozycji, bo te naruszyłyby rytm pracy nie tylko jej, ale i kolegów z zespołu. Anna Kadulska podkreśla, że gdy ktoś daje jej szanse, to wtedy bywa uparta, konsekwentna i pracowita. Z pazurami walczyć o rolę jednak nie potrafi. Ma jednak szczęście. Otrzymuje bowiem propozycje z największego repertuaru. Duniasza w "Wiśniowym sadzie" Czechowa w reżyserii Bogdana Toszy, Zofia w "Damach i huzarach" Fredry w reżyserii Macieje Wojtyszki, Katarzyna w "Braciach Karamazow" Dostojewskiego w reżyserii Bogdana Cioska to kolejne jej wcielenia. Rolę Duniaszy przyjęto - jak pisała recenzentka "Dziennika Zachodniego" - dyskusyjnie, ale jej zdaniem wyeksponowanie drapieżności erotycznej Duniaszy wydawało się być zabiegiem umotywowanym charakterem bohaterki, "którą aktorka, poprzez siłę emocji, podniosła z tła w okolice pierwszego planu". Zosia, jak podkreślali recenzenci, też nie była papierowa, wręcz przeciwnie, aktorka obdarzyła tę postać niezwykle mocnym charakterem. "Katarzyna wzruszała - jak pisała recenzentka "Teatru" - tym, bo w bohaterach Dostojewskiego najważniejsze: wieczną kobiecością i poddaniem się naturze kobiecości - wszetecznictwu i czułości, rozpuście i cnocie, zdradzie i wierności". Tę rolę jak i następne: Młodość w "Chłopie milionerem" Ferdinanda w reżyserii Piotra Szalszy, Służki, Dziecka, Dziewczyny i Świtezianki w "Balladach i romansach" Mickiewicza w reżyserii Ireny Jun, Siostry Anny w "Wariacie i zakonnicy" Witkacego w reżyserii Jacka Bunscha, Ankmeny w "Amfitrionie" Moliera w reżyserii Bartosza Zaczykiewicza, stały się podwaliną kolejnego sukcesu Anny Kadulskiej. Bez nich i bez wspomnianej wcześniej roli Dony Elwiry z "Don Juana" nie byłoby tak wspaniałej Lady Milford w "Intrydze i miłości" wyreżyserowanej przez Krzysztofa Babickiego, za którą to rolę aktorka otrzymała Złotą Maskę w 2000 roku. Czym dla niej była ta nagroda? Takiej oto odpowiedzi udzieliła "Trybunie Śląskiej": "Dostrzeżeniem mojej codziennej pracy. Nie mam ról ważniejszych i mniej ważnych, do każdej przygotowuję się tak samo, z każda jestem równie silnie związana. A, że ta jedna została zauważona, doceniona, to swego rodzaju przypadek. Oczywiście, bardzo się cieszę z tego przypadku". Skromność. Pokora. Mimo, że np. recenzentka "Śląska" pisała: "Anna Kadulska stworzyła bardzo udaną, wyrazistą kreację, umiejętnie godząc silny temperament swej bohaterki z jej tęsknotą do życia 'prawdziwego', w którym nie trzeba byłoby udawać, że jest się kimś innym. Dramat Lady Milford jest tym bardziej przejmujący, że kontrastuje z jej powierzchownością, ze swobodą obyczajów, której rzekomo z taką zachłannością hołduje. Wierzymy jej łzom, wierzymy, że rzeczywiście zakochała się w Ferdynandzie, a przynajmniej w rozpacz, o której świat nic wiedzieć nie może - ulokowała w nim swe złudzenia i marzenia". Dziesięciolecie pracy na deskach Teatru Śląskiego Anna Kadulska znów powitała spektakularnym sukcesem. Za role Muzy w przedstawieniu "Wyzwolenie" Wyspiańskiego w reżyserii Krzysztofa Babickiego otrzymała nagrodę na XXVU Ogólnopolskich Konfrontacjach Teatralnych "Klasyka Polska 2001".


Najpiekniejsze nogi Katowic


Aktualnie możemy podziwiać także w rolach: "Dominiki w "Requiem dla gospodyni" Myśliwskiego w reżyserii Bogdana Toszy, Kamilli w "Żołnierzu królowej Madagaskaru" w reżyserii Tadeusza Bradeckiego ("Po prostu trzeba pójść na to przedstawienie, szczerze się pośmiać, posłuchać znanych i lubianych przebojów, zobaczyć najpiękniejsze nogi Katowic (własność Ani Kadulskiej, królowej Madagaskaru, ciekawe czy ubezpieczona) i przekonać się naocznie, że dla nogi nie ma nic lepszego niż czarna pończoszka!" - pisał "Dziennik Zachodni") i szukającej swego miejsca, pragnącej miłości Ireny w "Przypadku Klary" Dei Loher w reżyserii Bogdana Toszy. Nie wyobrażamy sobie katowickiej sceny bez Anny Kadulskie. Jednak rodzi się pytanie, jak długo jeszcze przyjdzie nam cieszyć się jej obecnością wśród nas? Wrosła w Teatr Śląski. Czy nie ciągnie jej jakaś odmiana? Mam świetnych kolegów, ciągle otrzymuje nowe propozycje, pracuję z wieloma reżyserami i partnerami, ale może należałby w końcu stąd gdzieś pójść, szukać nowych poprzeczek - mówi aktorka. Jednak podkreśla, że nie chciałby znaleźć się w takim teatrze, w którym próba i wieczorny spektakl są ostatnimi rzeczami, na jakie aktorzy pędzący z telewizji na plan filmów, a z planu filmowego na estradową chałturę znajdują czas (a tak jest w większości w stołecznych zespołów). Dla Anny Kadulskiej teatr jest najważniejszą rzeczą. To wie na pewno po blisko 11 latach pracy.

Danuta Lubina-Cipińska
("Śląsk" nr 7 (81) - lipiec 2002)


***



ANNA KADULSKA
AKTORSTWO JEST ZAWODEM,
KTÓRY NIEUSTANNIE
KUSI OBIETNICAMI

Jest przejmująca w rolach kobiet fatalnych, niszczycielskich i wyrachowanych, a jednocześnie romantycznych, ciepłych i zagubionych. Lady Millford, kobieta twarda, czuła i kochająca. Właśnie ta rola okazała się zwrotem w krótkiej karierze aktorskiej Anny Kadulskiej. W marcu 2000 roku dostała Złotą Maskę dla najlepszej aktorki województwa śląskiego za rolę Lady Millford w "Intrydze i miłości" F. Schillera. Stworzyła sylwetkę głęboko przejmującą i zaskakująco współczesną. Annie Kadulskiej udało się wydobyć całą głębie tej raczej schematycznej bohaterki - czytamy w recenzji. Wcześniej nie zabiegałam o popularność, bo to dla mnie krępujące. Chętnie bym wystąpita w Jaworznie z czymś naprawdę oryginalnym - stwierdza Anna Kadulska Niestety, nie mogę tu przyjechać z moim katowickim teatrem, bo nie ma w Jaworznie odpowiedniej sceny, gdzie by można rozmieścić dekoracje, po prostu repertuar Teatru Wyspiańskiego się tu nie mieści. Zdolności aktorskie Anny Kadulskiej nie wymagają specjalnej rekomendacji. Cenią ją zwłaszcza reżyserzy i widzowie Teatru Wyspiańskiego w Katowicach, gdzie trafiła zaraz po ukończeniu Krakowskiej Szkoły Teatralnej. Po 11 latach nieprzerwanej pracy na scenie, młoda, niespełna 35 letnia Anna Kadulska ma w swoim dorobku ok. 30 znaczących i nieprzeciętnych ról teatralnych. Od urodzenia mieszka w Jaworznie, razem z mamą w wielkim domu, który wybudował jej ojciec. Długo trzymała w tajemnicy zamiar zdawania do szkoły teatralnej. Bardzo chciała się sprawdzić, ale nie zwierzała się ze swoich planów. W czasie nauki w liceum nr. 1 nigdy nie występowała na akademiach szkolnych i nie ujawniała swoich zdolności w konkursach recytatorskich. Zapisała się do kółka teatralnego w katowickim Pałacu Młodzieży, bo marzyła o szkole teatralnej. Na pytanie czy nie miała nigdy wątpliwości wybierając PWST w Krakowie odpowiada - Zawsze chciałam grać, miałam wrażenie, że po to istnieje, tylko po to mam twarz, ręce i ciało. Wiele nie pamiętam z egzaminu, wiem, że udało mi się zagrać na najwyższej nucie. Dostałam się za drugim razem, bez problemu poradziłam sobie z zadaniem aktorskim, odważnie udawałam małpę i kłóciłam się z mężem w scence małżeńskiej. Szkoła mnie nauczyła warsztatu, nie oczekiwałam, że tak dużo dostanę. Nowe doświadczenia, kolejne dobrze oceniane role rozbudzają potrzeby. Anna Kadulska należy do aktorek, które na scenie rozkwitają i nabierają większej pewności. Grywa z powodzeniem w komediach i marach, strój, makijaż, rewizyt, peruka odmieniają ją nie do poznania. Rola Lady Millford w "Intrydze i miłości" wymagała od niej wielkiego zaangażowania - To moja ulubiona postać kobiety, która żyje w świecie intrygi i rządzi całym dworem, kobiety silnej, niezależnej, która jednocześnie kocha i cierpi - mówi Ania Kadulska - Wiedziałam, że Lady Milford to rola klasyczna o wielkich tradycjach, ale postanowiłam użyć środków bardzo ostrych. Zależało mi na tym, aby widzowie zrozumieli tragedię tej kobiety, nawiązali z nią kontakt jakby była kimś, kto mógłby żyć dzisiaj. Anna Kadulska potrafi przekształcić się w postaci całkiem sobie obce, bez oporów zagrała siostrę w "Wariacie i zakonnicy" Witkacego i epizodyczną rolę w "Rzeźni" Mrożka. Po udanym debiucie w roli Muszki w "Skizie" Zapolskiej posypały się następne ważne propozycje. Monodram "Śmierć Ofelii" Wyspiańskiego to na razie jedyny spektaki, w którym atorka zaprezentowała się jaworznickiej publiczności. Rolą Ofelli, którą Anna Kadulska zdobyła wyróżnienie za debiut na XXVII Ogólnopolskim Festiwalu Teatrów Jednego Aktora w Toruniu dała popis wysokiego kunsztu aktorskiego i profesjonalnego warsztatu. Jest laureatką i nagrody dla odtwórcy roli Frerdrowskiej w ramach Dni Fredrowskich na Ogólnopolskich Konfrontacjach Teatralnych w Radomiu za rolę Anieli w "Ślubach Panieńsich". Dzięki umiejętności integrowania testu, głosu, wyrazu twarzy i ruchu doskonale radzi sobie z piosenką aktorską. Występ na festiwalu Piosenki Francuskiej w Lubinie przyniósł jej Grand Prix. Z grupką przyjaciół tworzą kameralny "Teatr bez sceny" w Katowicach. Coraz częściej myśli o filmie i występach w telewizji. Jak wspaniale radzi sobie przed kamerą grając komiczną rolę małomiasteczkowej piękności można było się przekonać w "Darmozjadzie polskim" Łukasza Wylężałka. Ania Kadulska nie miała jeszcze w swojej karierze roli, którą mogłaby się narzucić publiczności z równą silą, jak gwiazdy ekranu. Od początku reżyserzy dostrzegali bogatą skalę środków wyrazu, jakimi dysponuje. Umie wypoażyć swe postacie równocześnie w kruchość i siłę. I nie chodzi tu o swoistą modę, umizgiwanie się do publiczności, ale o sposób wyrażania siebie, własnych relacji na rzeczywistość, swojej wrażliwości i kobiecości Artystka twierdzi, że gra to sprawa emocji - mogę przekształcić się w każdą postać, jeśli tylko poczuję scenariusz.

Edyta Ochmańska
(Zeszyty Historyczne Miasta Jaworzno - 4)


***




Rozmiar: 737 bajtow